
[Paweł Bielecki 1967 – 2006]
Pawle,
mija rok od chwili Twego odejścia. Wciąż jednak brzmi mi wyraźnie w uszach Twój ciepły, jakby lekko zachrypnięty głos i powoli, jakby z namysłem i wahaniem wypowiadane słowa. W oczach mam Twój zamyślony, lekko tajemniczy uśmiech. Dziwne, bo niewiele jest takich twarzy, które potrafią się ostać w mojej dziurawej pamięci (na czym wciąż mnie ktoś przyłapuje…), a jeszcze żeby tak świeżo brzmiał mi czyjś głos…?! Ale tym mocniej widzę i czuję, jak ważne było – i wciąż jest – spotkanie z Tobą. I dlatego piszę ten list – z nadzieją, że gdziekolwiek jesteś, dotrą do Ciebie moje słowa…
Spotkaliśmy się przy okazji podróży. I kiedy odchodziłeś stąd przed rokiem – znowu był to czas podróży…
Poznaliśmy się z powodu Ameryki, która potem wiele razy jeszcze pomagała nam się spotykać. Jesienią 1994 roku szykowałem się do wymarzonego stypendium w USA, a Ty – w zastępstwie za zaganianego Tomka – podjąłeś się poduczyć mnie mowy Twych ulubieńców: Marka Twain’a i Woody’ego Allena. Pierwszego tłumaczyłeś z radością, jakbyś właśnie przed chwilą osobiście poznał Huck’a Finna i Tomka Sawyer’a i ruszał z nimi rwącym szlakiem Missisipi. Świat drugiego – bystrego, ciepłego i pełnego optymizmu obserwatora – odkrywałeś mi, znosząc kolejne filmy, przy których potem tyle razy zaśmiewaliśmy się do łez. Do tych filmów wciąż zresztą wracam – choć wielu mych bliskich dziwi się, jak można to samo oglądać trzeci, piąty czy dziesiąty raz („Wszyscy mówią – kocham cię!”). Nie rozumieją – bo nie oglądali z Tobą…!
Dzięki Twej dyskretnej erudycji i wyrafinowanemu humorowi – miałem szczęście przeżyć potem wiele takich odkryć. Mocno zapadły mi w pamięć Twe opowieści z pobytu z ojcem w Nigerii. Dziwiłem się, jak tę całą grozę (węże pod progiem domu, owady roznoszące wszelakie paskudztwo, woda z robakami lub co najmniej z bakteriami czy obcy nocą z maczetami) możesz przeplatać anegdotami. Albo Twój niegasnący zachwyt Anglią, do której tylekroć i z wciąż jakby nowym entuzjazmem wracałeś. Choć też – z iście angielskim humorem – nigdy nie mogłeś się dość nadziwić, jak można jeździć w lewo po rondzie…!? Do dziś też widzę Twe rozognione, chłopięce oczy odkrywcy, kiedy w szybkim przejeździe przez Florydę dotarliśmy na jej południowy kraniec do Key West. Natychmiast popędziłeś do domu Hemigway’a, a wieczorem z niespotykaną u Ciebie egzaltacją relacjonowałeś spotkanie „oko w oko” z „sześcio(?)palczastym” kotem – potomkiem pupilka sławnego pisarza. Twój perfekcyjny angielski – którym tak wciąż oczarowywałeś Amerykanów – pozwalał zrozumieć tamten tak pięknie pragmatyczny, prosty (?) świat. Wytrwale (bywało, że po kilka godzin) i precyzyjnie (wyszukując najwłaściwszych słów) tłumaczyłeś zawiłe negocjacje urzędników hrabstwa Mecklenburg z organizacją zajmującą się zatrudnianiem niepełnosprawnych. I pewnie miałbyś się z czego cieszyć, gdybyś zobaczył, jak ten tam wtedy poznany sposób – jako program „Trener” – służy dziś ludziom we Wrocławiu, a z całej Polski przyjeżdżają ciekawi, by zobaczyć, jak to możliwe i jak to się robi? Albo dziesiątki rozmów na „Medtrade” w Nowym Orleanie i rok później w Orlando. Spotkania u profesora Dudley’a w Departamencie Prac Socjalnych na Uniwersytecie Północnej Karoliny w Charlotte, a potem jego wykłady we Wrocławiu. I sam się przy tym jakby trochę dziwiłeś – albo może tylko nas chciałeś lekko pocieszyć..? – jak ta mowa używana na południu Stanów ma niewiele wspólnego z angielskim…. We wspomnieniach z tamtego czasu powraca też trochę wstyd, jak głupio nabijaliśmy się z Ciebie, kiedy podczas lotu z Atlanty nasz mały odrzutowiec wpadł w turbulencje przy lądowaniu w Charlotte.
Wiele z tamtych wyjątkowych chwil „ocalało” dzięki Twej pasji fotografowania. Z Twoich zdjęć wraca spotkanie z Big Mamma Sunshine – potężnej matrony ochrypłym głosem śpiewającej country na bulwarze nad Missisipi w Nowym Orleanie, wizyta „z dreszczykiem” w Departamencie Policji w Charlotte, czy bajecznie kolorowa jesień nad Norman Lake.
Choroba zaatakowała znienacka. Nagle szpital, straszna diagnoza, natychmiastowa, ciężka operacja. A potem zaczął się uparty powrót do normalności. Nie poddawałeś się. Wróciłeś do pracy. A nawet pracowałeś więcej niż wcześniej, Twój „small busines” rozwijał się w najlepsze. Kilka kolejnych spokojnych lat dawało poczucie, że wszystko wróciło na zwykły, bezpieczny życiowy szlak. Wtedy choroba wróciła. I już Cię nie wypuściła. Choć wiedzieliśmy, jak straszny i bez szans toczysz bój – jednak ten króciutki sms „Paweł zmarł” spadł, jak grom z jasnego nieba. I, jak przy naszym pierwszym spotkaniu, zastał mnie w drodze – do Jerozolimy. Nie mogłem być tu z wszystkimi przy Twoim pożegnaniu. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to modlitwa za Ciebie tam, w tym jedynym takim miejscu na ziemi.
Dziś, po roku, mocno czuję, że wciąż tu jesteś. I nadal pogodnie, choć dyskretnie i milcząco – czyli: jak zazwyczaj – uśmiechasz się tu obok. I o tym Ci chciałem powiedzieć. I stąd ten list – Przyjacielu!
Sławek