
Stanisław Jabłonka (1937-2005)
czyli o Człowieku otwartym, niezależnym, zaangażowanym i wytrwałym.
W Niedzielę Wielkanocną odszedł Człowiek niezwykły, Człowiek, który zostawił
głęboki ślad we Wrocławiu i w Polsce, ślad na pierwszy rzut oka niewidoczny,
ale tym cenniejszy i trwalszy - bo to ślad w ludziach, którym z takim
zaangażowaniem i wytrwałością służył.
Pana Stanisława Jabłonkę poznałem na początku lat 90-tych, kiedy dotarł do
mnie - wówczas pełnomocnika wojewody ds. osób niepełnosprawnych - w
poszukiwaniu sojuszników przy tworzeniu ośrodka opiekuńczo-rehabilitacyjnego
dla młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną. Szybko przekonałem się,
iż oprócz entuzjazmu w dążeniu do nowatorskiego - zwłaszcza jak na tamte
czasy - celu, Pan Stanisław posiada niezwykłe umiejętności organizacyjne, w
tym tak rzadką wytrwałość w pokonywaniu kolejnych przeszkód. Dzięki takiemu
połączeniu marzeń z nieustępliwym, choć pełnym cierpliwej pogody,
pokonywaniem i przekonywaniem kolejnych "decydentów" Pan Stanisław
doprowadził do uruchomienia pierwszego we Wrocławiu Warsztatu Terapii
Zajęciowej. Prowadzony przez Fundację im. Św. Brata Alberta w pawilonie "Pod
Misiami" warsztat "Wspólnota"- znajduje się w jednym z najpiękniejszych a
zarazem magicznych zakątków Wrocławia, obok Hali Ludowej na skraju Parku
Szczytnickiego.
Warsztat cieszy się zasłużoną sławą pioniera. Tak, jak i Pan Stanisław,
który szybko stał się niekwestionowanym ekspertem w tej dziedzinie i do
którego odsyłałem na nauki i po praktykę kolejnych organizatorów podobnych
placówek.
Po kilkuletniej przerwie spotkaliśmy się ponownie w roku 1999. Pan Stanisław
chodził wówczas wokół kolejnego, jeszcze bardziej niezwykłego pomysłu.
Chciał utworzyć wielofunkcyjną placówkę opiekuńczą dla osób z
niepełnosprawnością intelektualną. Placówka powinna pełnić przede wszystkim
rolę dziennego ośrodka terapeutycznego. Dodatkowo mieściłby się w niej
hostel, który zapewniałby opiekę osobom potrzebującym doraźnie wsparcia na
czas choroby lub innych zdarzeń losowych, dotykających stałych opiekunów
takich osób. Powinno tam być także kilka-kilkanaście miejsc opieki
długoterminowej. Długo myślałem, że to pomysł tyleż wspaniały, co mało
realny. A potem ze zdumieniem obserwowałem, jak zmienia się w oczach
przekazany Fundacji na wymarzoną przez Pana Stanisława placówkę stary
budynek po szkole przy ulicy Okulickiego na Zakrzowie.
W tamtym też czasie doszło między nami do niespodziewanego, a gwałtownego
sporu. Na kilka miesięcy kontakty między nami ustały. Niespodziewanie
któregoś dnia "weszliśmy na siebie" w drzwiach księgarni w pobliżu
wrocławskiego Rynku. Z daleka widziałem w oczach idącego w moją stronę Pana
Stanisława charakterystyczną jego pogodną stanowczość: wyciągnął w moją
stronę rękę, powiedział że "niedobrze się stało" i że "jeśli mnie uraził -
to przeprasza", a w ogóle "musimy porozmawiać, bo nie mamy czasu, by go
tracić na nieporozumienia " Słysząc te słowa, zrozumiałem z jakiej
perspektywy patrzył i według jakich kryteriów oceniał sprawy miejskie. I
zrozumiałem, że poprzez taką konsekwentną postawę miał siłę, by marzenia
zamieniać w rzeczywistość.
Kiedy choroba czyniła coraz gwałtowniejsze postępy, kiedy widać było jak mu
coraz ciężej i kiedy wydawało się, iż powinien całe swe siły skupić na
leczeniu - znowu konsekwentnie zdumiewał: nie myślał o sobie, lakonicznie i
tylko wypytywany mówił o chorobie, cały zaś swój czas i działania
skoncentrował na tworzeniu warunków opieki w ośrodku na Zakrzowie. Z takiej
też troski wypływały starania, by zapewnić kontynuację prowadzonych tam prac.
A choć fizycznie coraz słabszy, to jednak ze zdwojoną siłą zabiegał o
dokończenie projektu. Przekonał Zarząd Regionu NSZZ "Solidarność" do
powołania Fundacji "Przyjazny Dom" a Janusza Łaznowskiego do przewodniczenia
Radzie Fundacji, sam podjął się kierowania Zarządem Fundacji. Załatwiał
formalności rejestracyjne. Pilnował uchwał i umów. I tak do końca. Tuż przed
świętami zadzwonił ze szpitala, by złożyć życzenia i powiedzieć, że "wprawdzie
musi święta spędzić w szpitalu, lecz są dobre wieści, bo wszystkie
formalności właściwie pozałatwiane". Słysząc z największym wysiłkiem
wymawiane słowa - trudno było powstrzymać wzruszenie i zdumienie: nie myślał
o sobie, cały oddany ludziom, którym służył. I tak wytrwał do końca .
W pamięci pozostanie na zawsze jego ciepły głos namiętnego gawędziarza. A
jego obraz zawsze będzie się kojarzył z aparatem fotograficznym, z którym (chyba?)
się nie rozstawał, dokumentując chwile codzienne i chwile niezwykłe.
A jeśli ktoś powtarzałby, że nie ma ludzi niezastąpionych - to widocznie nie
miał szczęścia i nie znał Stanisława Jabłonki .
Sławomir Piechota