Sławomir Piechota - Przewodniczący Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Poseł Platformy Obywatelskiej

Dalmacja - Między błękitem nieba a lazurem morza

Choć z każdym dniem oddala się chwila naszego powrotu z Chorwacji – jakby na przekór działaniu czasu coraz wyraźniej powraca w pamięci obraz wysp i wysepek rozsianych na lazurowym morzu pod błękitem nieba… A na nich – weneckie miasteczka… Na zboczach gór serpentyny dróg, wijące się wzdłuż krętego wybrzeża – ponad ogrodami dolin… A pod górami – bajkowe jaskinie… A choć barier niestety bez liku – na pewno warto odwiedzić Dalmację.

Gwarnie, barwnie i upalnie

Coraz częściej słyszałem, że ktoś jedzie do Chorwacji, albo był tam i wybiera się ponownie – po raz trzeci, piąty albo i jeszcze kolejny…!. Skąd tyle zachwytów? – myślałem. Co takiego tak mocno ciągnie tam tak wielu naszych rodaków? Odpowiedź pojawiła się sama – gdy tylko droga przekroczyła ostatnie pasmo gór i wjechaliśmy do Dalmacji. Przed nami pojawiło się kręte, górskie wybrzeże usiane aż po horyzont wyspami i wysepkami, zanurzonymi w lazurze Adriatyku. Bo też to, co wyjątkowe w Chorwacji to właśnie niezwykle bujna przyroda i przepiękne krajobrazy. Czyli właśnie nadmorska Dalmacja.

Tego się nie da opowiedzieć… To – po prostu – trzeba zobaczyć!

Owe setki wysp i wysepek (w sumie naliczono ich wzdłuż chorwackiego brzegu ponad tysiąc – od Krki przez Hvar po Korczulę!!), których dodatkowo nie sposób odróżnić od kolejnych półwyspów głęboko wcinających się w morze. Owe miasteczka na wyspach – połączone z lądem dłuższym bądź krótszym mostkiem. Najsławniejszy wśród nich jest Dubrownik – leżący na samym południu, a mający źródła swej świetności w czasach potęgi i panowania na tych morzach Wenecji. Podobnie mniej sławny, choć dla mnie piękniejszy Trogir – położony około 20 km na północ od Splitu. A także Primosten, który można obejść wzdłuż brzegu w 30 minut, czy „nasza” Rogoznica – gdzie z domu do morza mieliśmy niecałe 100 metrów. Owe pasma gór w kilku szeregach ciągnące się wzdłuż wybrzeża całej Dalmacji. Czyste, ciepłe i stosunkowo mało słone morze – wymarzone dla fanów kąpieli, nurkowania czy żeglowania. A wreszcie naturalnie pogodni i otwarci ludzie – przyjaźni tak prawdziwie po słowiańsku, a nie z „biznesowego” obowiązku.

Nie dziwi zatem, że tak wielu szuka tam wytchnienia od hałasu i kurzu codzienności – zwłaszcza Niemców (prawie 2 miliony rocznie!), Włochów, Czechów, a wśród nich – także coraz więcej Polaków. A mieszanina ich języków – tkana i wiązana najprzeróżniejszymi „odmianami” angielskiego – słyszana zwłaszcza na targowiskach przy kupowaniu owoców, oliwy czy rakiji – dodaje specjalnego kolorytu tej tak barwnej i gwarnej krainie.

 

Skwar, jaskinia i schody – czyli bariery stare i nowiutkie

Są bariery naturalne i oczywiste. I nie do ominięcia. Taką jest skwar, który przez całe lato praży z bezchmurnego nieba. Nawet w nocy nie daje spokoju – bo nawet około północy termometry ociężale schodzą niewiele poniżej 30 stopni… Przed skwarem uciec można jedynie do morza. I trzeba umieć z tym żyć. A podstawowa i sprawdzona w tradycji ludu tej ziemi metoda to obowiązkowa (wręcz święta) sjesta! Trzeba zatem w porze zamykania sklepów i restauracji (tak między 12-tą a 17-tą) – zażywszy chłodzącego prysznica i wypiwszy szklaneczkę zimnej wody (którą niektórzy mieszają z białym winem – choć to tamtejsze miejscowe smakuje niedojrzale cierpko i cienko…) – skryć się za zamkniętymi okiennicami. I najlepiej odpłynąć w błogą drzemkę albo co najmniej w spokoju odleżeć te 2-3 najgorętsze godziny. I co najwyżej przez sen dziwić się cykadom, odgrywającym swe szaleńcze koncerty i harce na drzewach i w krzakach.

Są bariery historyczne – jak okolica starego mostu w Mostarze (już w Hercegowinie). Stare, wąskie uliczki wybrukowane przed wiekami najprawdziwszymi „kocimi łbami”, czyli starannie dobranymi, równo okrągłymi kamieniami. Co trzeba z pokorą przyjąć do wiadomości – bo choć wózkiem w zasadzie nie sposób po tym jechać (chyba, że ze sprawną i mocną asystą…), to jednak skoro tak to zbudowano przed wiekami, to i w takiej formie należy to zachować dla przyszłych pokoleń. Podobnie jak i tamtejszy sławny kamienny most na Neretwie – ze swoistymi kamiennymi szczeblami.

Całkiem swobodnie natomiast można się poruszać po starówce w Splicie, w tym zwłaszcza po obszarze sławnego pałacu Dioklecjana (rzymskiego cesarza z V wieku, „wsławionego” m.in. z prześladowania chrześcijan). Podobnie w Trogirze wiele zawdzięczającym fantazji, kunsztowi i pieniądzom bogatej Wenecji, a moim zdaniem piękniejszym nawet od legendarnego (w dużym stopniu dzięki heroicznej obronie w czasie wojny na początku lat 90-tych ubiegłego wieku) Dubrownika.

Szczery zachwyt wzbudza natomiast jaskinia (a w zasadzie zespół jaskiń) Postojna – niedaleko Lubljany w Słowenii. Z odkrytych około 20 km podziemnych korytarzy dla zwiedzających udostępniono ponad 5 km. Całość w zasadzie jest osiągalna dla osoby na wózku – choć stanowczo odradzałbym wyruszenie na tę trasę bez doświadczonej i mocnej asysty. Początkowy odcinek ok. 2 km dojeżdża się w głąb jaskini elektryczną kolejką. Następnie jest około 1 km trasy pieszej – po ścieżce albo ostro pnącej się w górę, albo równie gwałtownie opadającej. Idzie się po podłożu pokrytym szorstkim betonem. A widoki – znowu: nie do opisania, zapierające dech w piersiach…!

Niestety – i o zgrozo! – nie te historyczne i nie te naturalne bariery stanowią największą przeszkodę. Najgorsze, że właśnie teraz i to często za duże pieniądze buduje się mnóstwo nowiutkich barier. Wiele się bowiem w Chorwacji buduje i remontuje. I niestety – bez wyobraźni. Stąd mnóstwo nowych, pięknych kamiennych schodów i progów – również tam, gdzie mógłby być wygodny podjazd. Wygodny także dla matki z dzieckiem w wózku. I wygodny dla osób starszych niepewnie stąpających po schodach. Podobnie wąziuteńkie drzwi do toalet – również tam, gdzie miejsca jest dość na szerokie wejścia i przejścia. Wyraźnie widać, że źródło problemu tkwi nie w warunkach technicznych, nie w braku odpowiedniej technologii, nawet nie w braku pieniędzy. Ale w głowach i w sercach – w braku dostrzegania, jak te wszystkie nowe i kosztowne bariery są uciążliwe i niebezpieczne dla innych mniej sprawnych – z powodu wieku, małych dzieci czy niepełnosprawności. Na szczęście widać też pierwsze jaskółki zapowiadające zmiany – miejsca parkingowe wydzielone i pilnowane (jak w Splicie – kilkadziesiąt wokół starówki, gorzej w Dubrowniku – zaledwie kilka i to trudnych do odnalezienia w gąszczu wąskich i zakorkowanych uliczek), a jeśli trochę poszukać to i odnajdzie się dostępne – acz nie przystosowane – toalety (na niektórych stacjach benzynowych i w restauracjach).

Droga ważniejsza niż cel

W upalny wieczór wracaliśmy z całodniowej wyprawy do Dubrownika. Po kolejnym szeregu zakrętów rozrzuconej wśród nadbrzeżnych wzgórz serpentyny magistrali adriatyckiej – wjechaliśmy w ogrody w delcie Neretwy. A tam na przydrożnych straganach arbuzy, jak młyńskie koła, ogromne i soczyste śliwki, ciężkie kiście dojrzałych winogron. Potem już w ciemnościach nocy, która na południu spada szybko i stanowczo – podróż, jak przesuwanie koralika nanizanego na poskręcany sznur drogi: przed nami nieskończony sznur czerwonych światełek, za nami – białych... A w dole – rozświetlone zatoki i wysepki. Jechaliśmy w milczeniu, zapatrzeni i zadziwieni. A kiedy dotarliśmy pod dom i ucichł silnik auta – dłuższą chwilę tkwiliśmy tak jeszcze w niemym bezruchu, jakby w zakłopotaniu i żalu, że ta droga już przeminęła…