
ZIEMIA ŚWIĘTA w siedem dni….
Widziałem wiele pięknych miejsc – w kraju, i daleko od Polski. Ale tylko ta jedna kraina, to jedno miejsce porusza tak głęboko, wyzwala tak mocne wzruszenia… Wszędzie bowiem – oglądamy, dotykamy, słuchamy, czasem też wąchamy… Tam natomiast w Ziemi Świętej – przeżywamy, wracamy do źródeł naszej cywilizacji, kultury, naszej wiary – do opowiedzianych w Biblii źródeł naszego chrześcijaństwa. I dlatego tak bardzo chce się tam wracać…
Równo dwa lata temu byłem tam pierwszy raz. Jechałem z wieloma obawami, za cierpliwą i wielokrotnie ponawianą namową mego przyjaciela – księdza Jerzego, czyli tak trochę jakby przypadkiem (choć mądrzy ludzie twierdzą, iż nie ma przypadków…). Ale już od pierwszej chwili na pielgrzymim szlaku poczułem i zrozumiałem, że to najważniejsza podróż mego życia… I że koniecznie muszę tam wrócić znowu. I udało się!

Kiedy po czterech godzinach nocnego lotu samolot o świcie zbliża się do wybrzeża Izraela i w ciemnościach nocy pojawiają się światła Tel Awiwu – ma się wrażenie, jakby u stóp rozciągała się baśniowa kraina z tysiąca i jednej nocy. Uczucie to wraca spotęgowane, kiedy w dalszej drodze po godzinie od wyjazdu z lotniska po mozolnej wspinaczce z nadmorskiej równiny w sam środek Gór Palestyny – w pierwszych promieniach słońca autobus wjeżdża do Jerozolimy.

Mimo zmęczenia podróżą – nie ma czasu na dłuższy odpoczynek. Tylko szybki prysznic, krótka drzemka – i w drogę! Mamy przecież tylko siedem dni, by przemierzyć ścieżki Ziemi Świętej.
A tak wiele tam zaskakuje. Tak wiele zdumiewa. Wreszcie – i co chyba najważniejsze – tak wiele tak mocno wzrusza.
Zaskakuje przede wszystkim przyroda – tak różnorodna i wyrazista, a zarazem tak bujna. Na północy prawdziwie zielone wzgórza Galilei. Dalej ponad nimi na granicy z Libanem góra Hermon, gdzie nie budzi zdziwienia spadający co roku i leżący aż do kwietnia śnieg i skąd wypływa Jordan. W sercu Galilei jezioro, zwane niekiedy morzem – o trzech nazwach: Galilejskie, Genezaret albo Tyberiadzkie. Długie na 22, a szerokie do 8 kilometrów, głębokie nawet do kilkuset metrów. Najważniejszy, a w zasadzie jedyny zbiornik wody, tak potrzebnej tej spalonej słońcem ziemi.
Na południu zaś, zaczynająca się od samych bram Jerozolimy – Pustynia Judzka, sucha, spalona słońcem. Z łańcuchem gór ciągnących się wzdłuż doliny Jordanu. Niebezpieczna zwłaszcza dla nieroztropnych, czy nieuważnych podróżnych, gdyż nawet niezbyt intensywny, a zdarzający się zwłaszcza zimą (styczeń, luty) deszcz, może obudzić rwące w poprzek dróg potoki a nawet runąć ze zboczy skalnymi i błotnymi lawinami. Jordan ginie w wodach Morza Martwego – tak, jak i ryby, które w jego nurcie zapędzą się za daleko i wpadną w wody, w których nie ma życia. I skąd nazwa morza, ciągnącego się ponad 100 kilometrów pośród piasków i gór. Tuż obok budząca do dziś zachwyt i niepokój Masada. Na jej szczycie resztki twierdzy, w której żydowscy powstańcy wytrwale stawiali opór rzymskiemu legionowi, a której upadek w roku 132 n.e. oznaczał ostateczny kres własnego państwa narodu żydowskiego.

W tych tak różnych krajobrazach spotkać można wpisane (czy może raczej „wmalowane”) w nie równie zadziwiające różnorodnością kwiaty. Zwłaszcza sławną sabrę – rosnący w kępach wielkości małego domku, przepięknie kwitnący kaktus, jako żywo przypominający opuncję, na którym spomiędzy gęstwiny kolców, eksplodują wielobarwne pąki. O sabrze mówi się, że jest jak lud tej ziemi: z zewnątrz sucha i kolczasta, w środku miękka, soczysta i słodka… Sabra nie jest jedyna. Wzrok każdego przyciągnie i wyrwie okrzyk zachwytu hibiskus, czerwony jak esencja z płatków maku…
Zdumiewa – niezwykła barwność ludzi. Co widać w karnacji skóry, strojach, językach i obyczajach. Barwność, którą bez końca można obserwować i która można się delektować. Barwny i hałaśliwy tłum przez cały dzień przelewa się przez Bramę Damasceńską – jedno z głównych wejść w obręb starych XVI-wiecznych murów miejskich. Tę barwność widać też w przesyconych zapachami wschodu – rozgrzanym miodem i sezamowym ciastem – wąskich uliczkach i krętych zaułkach starej Jerozolimy. Podobnie zdumiewa siła wiary, gdy staje się wśród rozmodlonych pod Ścianą Płaczu (zwaną przez Żydów raczej Zachodnim Murem). I wreszcie staje się zrozumiałe, skąd to bogactwo różnorodności: wszak Jerozolima jest świętym miastem trzech wielkich religii – judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Czyli to tutaj zbiegają się i krzyżują główne szlaki świata…

Ale najważniejsze jest to, co wzrusza – to co wyjątkowe i jedyne właśnie na tej ziemi: owe wszystkie miejsca tak mocno wpisane w naszą świadomość. Nie sposób oprzeć się wzruszeniu (a zresztą – po co się opierać…?!), gdy po wędrówce labiryntem wąskich korytarzy, schodków w górę i schodków w dół – gdzieś jakby „na zapleczu” w bazylice Grobu staje się w końcu pod kamiennym sklepieniem, liczącej prawie tysiąc lat Kaplicy Krzyżowców. Podobnie z niedowierzaniem przecieraliśmy oczy, patrząc o poranku z Góry Oliwnej na Wzgórze Świątynne. Potem była msza w sercu Galilei na zboczu Góry Ośmiu Błogosławieństw, gdzie zza ołtarza przebijał błękit wód Jeziora Genezaret. A wreszcie w ostatnią niedzielę, jakby specjalny finał i podsumowanie siedmiu dni w Ziemi Świętej - msza na skalnym występie wśród wzgórz Pustyni Judzkiej.

Słowa są zbyt słabe i małe, by o tym opowiedzieć. To trzeba po prostu przeżyć….
Barier wyraźnie ubywa. A wyjazd tam staje się coraz bardziej dostępny. Trudności w kupieniu biletów na przelot do Izraela (choć codziennie odlatuje samolot z Warszawy, a od maja jest także nowe połączenie z Łodzi – mimo to musieliśmy lecieć z Pragi, bo tylko stamtąd udało się zdobyć miejsca…) wyraźnie świadczą o dużym ruchu na tej trasie.

Jadąc tam trzeba jednak wiedzieć i mieć świadomość, jak trudny to teren dla osoby o ograniczonej sprawności ruchowej. Sama Jerozolima ma ukształtowanie terenu typowe dla miast górskich: ulice albo pną się ostro w górę, albo równie ostro opadają w dół. Na starym mieście zaś – wędruje się głównie po schodach. Podobnie w większości odwiedzanych miejsc, mających – co oczywiste – bardzo historyczny charakter i klimat.
Jednak tych najbardziej zwykłych barier też w porównaniu ze stanem sprzed dwóch lat wyraźnie mniej. Hotele – zarówno ten we wschodniej Jerozolimie (arabski „Holy Land Hotel” tuż przy bramie Heroda), jak i w Jerycho (w Autonomii Palestyńskiej – z pięknym zwłaszcza o poranku widokiem na dolinę Jordanu) choć nie można nazwać dostosowanymi, są jednak dostępne (podjazdy przy wejściach choć ostre są jednak wystarczające, podobnie w miarę szerokie drzwi i wystarczająco duże łazienki, dostępne też toalety, natomiast umywalki niestety poza zasięgiem osoby na wózku…). Przybywa też podjazdów i dostępnych toalet przy sanktuariach – zwłaszcza tych, którymi opiekują się Franciszkanie. Jednak tylko w dobrej i mocnej drużynie, w kręgu przyjaznym i pracowicie pomocnym – tak, jak mi było to dane przeżyć – można dotrzeć na pielgrzymim szlaku wszędzie nawet na wózku. A że koniecznie warto – nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać….
Zdjęcia: Adam Hawałej, Jarosław Łach, Sławomir Piechota
1-2) w napisach najwyraźniej widać TRZY nie tylko różne języki, ale też trzy tradycje, religie i cywilizacje;
3-4) strome i kręte uliczki i zaułki starej Jerozolimy;
5) opowieści i dyskusje przy rzymskim akwedukcie w Cezarei;
6-7) bez pomocy ani rusz…!
8) sabra;
9) meczet Omara na Wzgórzu Świątynnym – święte miejsce trzech wielkich religii i gordyjski węzeł współczesnego świata;
10) przy Ścianie Płaczu (zwanej Murem Zachodnim);
11) nad Jeziorem Genezaret;
12) Hibiscus z Galilei.